Trylogia Millenium Stiega Larssona

Po trylogię Millenium Stiega Larssona sięgnąłem trochę przez przypadek. Miałem w planie inne lektury, ale moja mama pożyczyła od znajomej wszystkie trzy tomy i po przeczytaniu podrzuciła mi, z wyraźnym zaznaczeniem, że warto pochylić się nad książkami. Miałem tą pozycję nieco dalej na swojej liście tytułów do przeczytania, więc tym chętniej zmodyfikowałem swoje plany.

Zaczynając lekturę „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” miałem nieco mieszane uczucia. Niby coś mnie w tej książce interesowało, ale jednak nie było tam nic nadzwyczajnego. Cały pierwszy tom, mniej więcej do połowy, jest zbyt przegadany. Wydaje mi się, że autor przesadził z reporterskim stylem. Nie dziwię się temu, w końcu jest dziennikarzem. Jednak moje zdumienie budzi fakt, że nikt nie zwrócił mu na to uwagi. Pierwsza połowa książki to nakreślenie tła dla całej opowieści. Nie ma w niej zbyt wiele akcji. Dopiero w drugiej następuje coś, po czym „zaczyna się dziać”. Poczynając od tego wydarzenia cała akcja książki przyspiesza. Nagle zaczynamy chłonąć kartki jak narkotyk i ciężko się oderwać. Wydaje mi się, że owo wydarzenie mogłoby zostać nieco przesunięte na początek. Lektura wyglądałaby wtedy całkowicie inaczej – rozłożenie części „suchej” przeplecione zostałoby jakąś akcją. A w końcu o akcję w serii Millenium tak naprawdę chodzi. Kolejna część, „Dziewczyna, która igrała z ogniem”, jest już dużo lepsza pod tym względem. Chociaż uważny czytelnik dostrzeże, że akcja właściwa też nabiera tempa od połowy książki. Jednak już wcześniej dużo się dzieje i nie można narzekać na nudę. Trzeci tom, „Zamek z piasku, który runął”, to już czysta akcja, od pierwszych stron. Jest w tym jednak jakiś schemat – Larsson tak naprawdę przez pierwszą połowę każdej ze swoich książek mnoży przed bohaterami problemy, by w pewnym momencie pójść po nitce do kłębka i dosyć prosto wszystko rozwiązać.

No właśnie. Tak naprawdę pewna przewidywalność jest słabą stroną twórczości Larssona. Nie mam zamiaru zbyt mocno narzekać, ponieważ, jak już mówiłem, świat Millenium mocno wciąga czytelnika. Jednak nie ma co liczyć na niespodziewane zwroty akcji. Po przeczytaniu pierwszej książki i znajomości tytułu drugiej, mocno podejrzewałem co może się wydarzyć i okazało się, że autor zbyt mocno mnie nie zaskoczył. Nawet w pewnym dramatycznym momencie, nie dałem się przekonać, że może się wydarzyć tak wielka tragedia, jaką wieszczył. I znów miałem rację. Trzecia część, to już logiczna kontynuacja wydarzeń z drugiej. Powiem szczerze, że bardziej moja wyobraźnia działała, podpowiadając, że coś jeszcze może się wydarzyć, niż faktycznie działy się rzeczy niespodziewane. Wmawiałem sobie, że to wszystko nie może się zakończyć tak gładko. Niestety, kiedy spojrzałem na ilość stron pozostałą do końca lektury, doszedłem do wniosku, że nie ma już miejsca na niespodzianki. Okazało się to prawdą, choć na sam koniec Larsson pozostawił drobny smaczek. Brakuje mi tutaj niespodziewanego trzęsienia ziemi, opadu szczęki, totalnego zaskoczenia.

Noomi Rapace w roli Lisbeth Salander – ekranizacja szwedzka.

Kolejną widoczną bolączką są dziwne opisy jakie serwuje nam autor. Podam Wam z pamięci kilka przykładów:
– spojrzała przez lornetkę marki Minolta z dwudziestokrotnym zoomem
– położyła się na swoim nowym łóżku, które kupiła w Ikei
– wybrała proste meble, model classic (czy jakiś tam inny ;) )
Takie przykłady można mnożyć, nawet wymyślić parę na poczekaniu. To oczywiście wyrwane z kontekstu sformułowania. Problem polega na tym, że po pierwsze Larsson używa takich opisów na każdym kroku, a po drugie nie są one niczym uzasadnione. W danej sytuacji dla czytelnika zupełnie nie jest ważne, że lornetkę wyprodukowała firma Minolta, ani nawet to, że posiadała dwudziestokrotny zoom! W informacji, że bohaterka położyła się spać, nie ma znaczenia fakt, że zrobiła to na nowym łóżku z Ikei, a już tym bardziej nie ma znaczenia konkretny model łóżka. Tak samo niezbyt ważne jest to w jakim konkretnie sklepie robiła zakupy. Kompletnie nie rozumiem więc po co autor stosuje taki zabieg. Co więcej, po pewnym czasie zaczyna to wyglądać jak reklama.

Pomimo tych minusów, uważam, że warto się zagłębić w świat Lisbeth Salander i Mikaela Blomkvista. Po lekturze nie ma się co spodziewać głębszych doznań, ale bohaterowie są naprawdę interesująco wykreowani. To chyba najmocniejsza strona książki. Larsson dosyć szczegółowo zgłębia cechy każdej z głównych postaci. A trzeba przyznać, że w przypadku Salander i Blomkvista jest co zgłębiać. Kiedy już pochłonie nas akcja, nie można się doczekać, żeby przewrócić kartkę. I następną i następną… aż w końcu orientowałem się, że spędziłem nad książką dwa razy więcej czasu niż zamierzałem. Lektura też dostarcza sporo dziecięcej radości, kiedy naszym bohaterom uda się kogoś wykiwać, albo wykręcą jakiś grubszy numer. Nie raz zaciskałem pięść i skacząc na fotelu mówiłem do samego siebie „tak jest, tak to się robi”. Całość to ponad dwa tysiące stron, czyli spora dawka świata wykreowanego przez pisarza. A zatem i powodów do radochy będzie sporo. O ile pisałem, że w książkach nie było trzęsienia ziemi, to muszę też przyznać, że były momenty zaskakujące. Choć nie dawałem się podejść, to jednak samą fabułę muszę docenić. Pastwiłem się nieco nad minusami, ale nie psują one lektury do tego stopnia, abym przestał polecać trylogię Millenium.

Rooney Mara w roli Lisbeth Salander – ekranizacja amerykańska.

Ciekawostką jest, że Larsson planował aby seria Millenium składała się z kilku książek. Kiedy przeczytałem tą informację pomyślałem o pięciu. Okazało się, że aż z dziesięciu. Tak więc gdyby nie tragiczna śmierć autora, czytelnicy naprawdę głęboko weszliby w świat Millenium. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że każda część jest lepsza i dopiero w kolejnych pokazałby na co tak naprawdę go stać. Niestety, nie dane będzie nam czytać kolejne tomy autorstwa Stiega Larssona.

„Hype” na Millenium minął już jakiś czas temu. Przypadł on na moment, kiedy w kinach pojawiła się amerykańska ekranizacja pierwszej części książki. Pamiętam, że kiedyś spotkałem w pociągu dziewczynę pochłoniętą lekturą jednego z tomów. Zagadałem do niej i wypytałem co sądzi o książkach i o filmie. Uważała, że książki są świetne, film nieco gorszy, ale też wart obejrzenia. Pamiętam, że Daniel polecał szwedzką ekranizację trylogii. Ja filmów nie widziałem. Jeszcze. Zamierzam jednak je obejrzeć. Książki które przeczytałem mogę za to z czystym sumieniem polecić. Ostra jazda gwarantowana.

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: